Michał Witkowski
Lubiewo
Autor: Michał Witkowski
Liczba stron: 338
Rok wydania: 2006
Wydawnictwo: Korporacja Ha!Art
ISBN: 83-89911-52-3
Okładka: broszurowa
Wymiary: 14.5x19.5
Wydanie V poprawione i uzupełnione. "Ta książka to dla wielu z pewnością mocno kontrowersyjny opis środowiska homoseksualistów, którym wypadło żyć w czasach komunizmu. Opis pełen brudu, upodlenia, seksualnych obsesji i zupełnie kryminalnych uczynków, w których ciotki bywały zarówno ofiarami, jak i przestępcami. Pomimo bliskiego związku z rzeczywistością, jest to, dodajmy, opis literacki. Niektórzy krytycy widzą w "Lubiewie" reportaż, ale to błąd: Witkowski nie opisuje rzeczywistości, lecz rzeczywistośćć wymyśloną, obecną w opowieściach, niemal mityczną. A na dodatek opisuje fenomenalnie, nie pozostawiając najmniejszej wątpliwości co do miary swojego talentu." ( z rec. Jarosława Lipszyca).
Poleć znajomemu:
Szczególnie polecamy:
Obsoletkibroszurowa
Justyna Bargielska
cena
24.49 zł
Wysyłka 3-5 dni
Recenzje:
dodał: misiak297
2007-04-14 00:00
Któż z nas, Biblionetkowicze, nie zna tytułu tej książki? Wszak to nominacja do Nike 2006, nominacja do Paszportów „Polityki” 2005 i wielu innych nagród. Już samo to wystarczyło, aby zwrócić moją uwagę.
Nie ukrywajmy, temat nowy nie jest. Dziś tylko mówi się o nim więcej. Przecież zaczyna się walka o legalizację związków, o adopcję dzieci przez pary jednopłciowe, ludzie wychodzą na parady... Nie jest to również pierwsza powieść o homoseksualizmie na polskim rynku, jeśli tylko by się wgłębić, znajdzie się ich parę. Ponadto homoseksualizm pojawia się często w wątkach pobocznych literatury współczesnej. Na czym zatem polega fenomen „Lubiewa”?
„Nazwa »Lubiewo« pochodzi od bezdennej lubieży, w której się tu zanurzamy. Toniemy po prostu w tej gęstej ciepłej substancji. (...) Gdy inni, młodzi, próbują wydymać się na wydmach, ja rozkładam starannie koc, wyciągam olejki, papierosy i zwabiam do siebie jakąś starą piosenkarkę, ale nie w tym celu, o którym ona myśli. Ja je na opowieści naciągam... (...) Jakiś ciotowski »Dekameron« chcę tu odstawić”[1].
Właściwie należałoby się zastanowić, jaka jest pozycja samego Autora w książce. Pełni on rolę nie tylko sumiennego kronikarza tych pikantnych gejowskich historii, nie tylko narratora, nie tylko siły sprawczej całego przedsięwzięcia literackiego, nie tylko świadka tych wydarzeń, ale również jednego z bohaterów. Co prawda jest raczej drugoplanowy, ale tym lepiej – nie epatuje sobą zbytnio. Potrafi za to podejść do siebie z dużym dystansem i humorem.
Książka składa się z dwóch części. W pierwszej dwaj podstarzali geje o pseudonimach Patrycja i Lukrecja wspominają swoje pierwsze (s)ekscesy i przygody miłosne. Druga część rozgrywa się na plaży i tutaj mamy już ten „Dekameron” sensu stricte, powstaje prawdziwy „Wielki Atlas Ciot Polskich”[2]. Dziwny to zbiór. Mimo iż każda z historii podchodzi pod wspólny mianownik „seks”, wzbudzają różne emocje. Oprócz niesmaku, może to być też wzruszenie, śmiech, a nawet przerażenie.
„Lubiewo” może stanowić naprawdę smakowitą gratkę dla ludzi pasjonujących się literaturą. Jedna aluzja literacka goni drugą, a samo ich odkrywanie to świetna zabawa. Już nawiązanie do Boccacciowskiego dzieła zapowiada więcej takich intertekstualności. Dominują zdecydowanie „Niebezpieczne związki” Charlosa de Laclosa, ale odnajdziemy tu również Mickiewicza, Słowackiego, Gombrowicza, Iwaszkiewicza, Villona, Geneta i jeszcze paru innych. Swoją drogą nasz wielki wieszcz pewnie się w grobie przewraca, widząc, co Witkowski zrobił z jego „Dziadami”.
Język powieści zasługuje na szczególną uwagę, gdyż – według mnie – stanowi główny jej atut. Pomijając nawet wszystkie odwołania do powszechnie znanych lektur, jest niesamowicie wciągający. Wszystko napisane wspaniałym, gawędziarskim stylem (widać to zwłaszcza w pierwszej części). Przez zastosowanie rozlicznych gier językowych Witkowski udowodnił, że potrafi bawić się polszczyzną nie gorzej od Wojciecha Kuczoka. Duża elastyczność słów, ich ciekawe zestawienia tworzą specyficzny klimat całej książki.
Nie sposób tu jednak pominąć faktu, że język, przy wszystkich swych zaletach, jest niezwykle wulgarny. Po pewnym czasie przestają już oburzać te wszystkie k...y i inne ch..e, niemniej może to razić. Jest jeszcze jedna trudność, o której należy wspomnieć. Wszyscy bohaterowie – jakkolwiek są mężczyznami – mówią o sobie w rodzaju żeńskim lub też niemęskoosobowym. Trudno przyzwyczaić się do tej maniery. A przecież Paula to Paweł, Michaśka to Michał, Gizela – Grzesiek i tak dalej.
Gdybym miał opowiedzieć, o czym jest „Lubiewo”, nie popełniłbym chyba wielkiego nadużycia, stwierdzając, że mówi ono głównie (a może nawet jedynie) o seksie między mężczyznami. I tutaj zaczynają się strome schody. Sposób opisania tego środowiska przez Witkowskiego daleko odbiega od stereotypów. Ten kontrast jest jeszcze bardziej wyrazisty, gdy weźmiemy pod uwagę, że zaczyna się walczyć o tolerancję. Wszystkie dotychczasowe dzieła traktujące o homoseksualistach przedstawiały ich jako normalnych ludzi, dla których seks stanowi jedynie dopełnienie życia, a nie jego sens! Tymczasem „Lubiewo” sprowadza wszystko do polowań na luja:
„Luj to sens naszego życia, luj to byczek, pijany byczek, męska hołotka, żulik, bączek, chłopek, który czasem wraca przez park albo pijany leży w rowie, na ławce na dworcu albo w zupełnie nieoczekiwanym miejscu. Nasi Orfeusze pijani! Bo przecież ciota nie będzie się lesbijczyła z inną ciotą! Potrzebujemy heteryckiego mięsa!”[3]
Jest to cokolwiek dziwne. Z jednej strony przecież Witkowski obraca się w tym świecie, stanowi jego element, więc dlaczego miałby kłamać? Pomimo jego deklaracji co do fałszywości postaci, podczas lektury trudno nie wierzyć w opisywane zdarzenia. Jednak nie do wiary pozostaje też, żeby wszystko sprowadzało się li tylko do łóżka. Wielu z nas ma znajomych w „branży” – ja również – i chyba wiemy, że tak to nie wygląda, nie jest to takie puste. Autor poniekąd stara się taki obraz usprawiedliwić:
„Miłość jest własny bieg życia naszego, ale z żywiołów utworzone ciało!”[4]
Akcja „Lubiewa” rozgrywa się głównie w PRL-u (choć zostaje doprowadzona do 2004 roku) - jakże to inny obraz od tego, który - jako osoba cokolwiek młoda - znam jedynie z podręczników i filmów! Witkowski pomija takie symbole, jak długie kolejki czy masowe spacery podczas dziennika telewizyjnego. W wypowiedziach bohaterów przeważa tęsknota za utraconym rajem, motyw "ubi sunt" we współczesnej wersji.
Michał Witkowski stworzył dzieło kontrowersyjne, aczkolwiek pod wieloma względami nowatorskie i wybitne. Zastanawiam się, czy w pewnych aspektach może być ono symbolem walki o tolerancję – jakim poniekąd są „Tajemnica Brokeback Mountain”, powieści Michaela Cunninghama czy Sarah Waters. Sposób prezentacji opisywanego środowiska temu przeczy, jednak odpowiednie nagłośnienie powieści ma również duże znaczenie. Pewnie „Lubiewo” będzie miało tyle samo zwolenników, co przeciwników, ale... czy nie od tego jest dobra literatura, aby nad nią dyskutować?
---
[1] Michał Witkowski, "Lubiewo", Wydawnictwo Ha-art, Kraków 2006, str. 79-80.
[2] Tamże, str. 193.
[3] Tamże, str. 16.
[4] Tamże, str. 156.
dodał: Emeczka
2006-07-05 00:00
Cóż, "Lubiewo" to kolejna książka, która wzbudziła we mnie bardzo mieszane uczucia. Podziw połączony z niesmakiem. Czytając ją w równym stopniu wybuchałam śmiechem, jak i minę miałam bardzo zniesmaczoną. Nie umiem jednoznacznie ocenić tej powieści. I w sumie chyba tak właśnie powinno być, że powieści nie: czytamy, przez chwilkę o nich pamiętamy, jednak nie wywierają na nas żadnego wrażenia i zapominamy o nich, jak o zeszłorocznym śniegu, a właśnie: zachwycają nas, nie przypadają nam do gustu w ogóle lub budzą tak duże kontrowersje, że jeszcze długo będziemy się nad nimi zastanawiać.
Temat "Lubiewa"? Hmm... Ostatnio dość często poruszany i w prasie, i w telewizji. Jednak tam mamy do czynienia z obrazem geja ugrzecznionego, w pięknych ubraniach, z dobrą pracą, najczęściej artysty, zaangażowanego w sprawę równości seksualnej. Bo to teraz przecież na czasie być gejem, biseksualnym lub wśród znajomych mieć właśnie takiego geja, biseksualistę tudzież inną ciekawostkę przyrodniczą, bo nie krygujmy się, ale większość z nas tak właśnie traktuje odmienności. I przyznam się, że do tej pory wszystkie powieści, które czytałam i które traktują o gejach, lesbijkach (m.in. Bartosza Żurawieckiego "Trzech panów w łóżku nie licząc kota", Sary Waters "Muskając aksamit" czy "Złodziejka"), to powieści mądre, mówiące o ludziach, ale o ludziach, którzy jednak swoją seksualność mimo wszystko spychają na drugi plan. Owszem, mają partnerów, uprawiają seks, ale to jest jakby inna sfera życia. Seks nie jest celem ich życia. Seks jest połączony z miłością, celem zaś jest walka: m.in. o równouprawnienie, o wolność w wyborze orientacji seksualnej. A książka Witkowskiego to jedna wielka księga przypadków miłosnych. Kto, z kim, kiedy, dlaczego i w jakich okolicznościach. Mam ciało. Ciało potrzebuje rozkoszy, przyjemności. Trzeba zaspokoić potrzeby ciała. Dla duszy nie ma tu miejsca. Jest po prostu zezwierzęcenie. I czasem mam wrażenie, że to jest właśnie właściwe ukazanie, ale nie geja, a człowieka w ogóle. Bo w tych czasach nie ma ostatnio "mody" na miłość. Na seks jest jej ogromnie dużo.
Więc podsumujmy: temat ciekawy, język ciekawy, historie opowiedziane przez Witkowskiego mają charakter plotki, więc czyta się je z wypiekami na twarzy, jakby właśnie zdradzano nam najpikantniejsze szczegóły z życia znanych nam ludzi. To wszystko może przyciągać do tej powieści. To zrobiło na mnie naprawdę duże wrażenie. Co mnie zniesmaczyło? Opisy niektórych przygód, język mimo wszystko wulgarny. Tego, co prawda, nie czuje się w trakcie czytania, ale jednak jakiś niesmak zostaje. A chyba najbardziej zniesmaczyło mnie to, że odarto mnie z mojego wizerunku geja, który gdzieś tam miałam zakodowany, ugłaskany, który mi się podobał. A co najciekawsze, że nawet samym gejom ta książka nie przypadła do gustu (nie piszę, że wszystkim, bo przecież odbieranie literatury przez różnych ludzi jest bardzo subiektywne). A dlaczego nie przypadła? Bo oni, mimo wszystko, chcą byc traktowani jak normalni ludzie, którzy mają coś do powiedzenia, coś w głowach, jakieś marzenia, uczucia, a to, z kim idą do łóżka, to jest tylko ich sprawa, w ich własnych domach, za drzwiami sypialni. Witkowski zaś pokazał nie ludzi, a zwierzęta opętane seksem.
Tylko, co dziwne, czytając jego książkę, nie miałam wrażenia, że czytam o innych ludziach, o gorszych, że czytam o gejach, o tych, co to o nich nie można mówić. Jego książka pasowałaby do każdej grupy społecznej, do każdej orientacji, do każdego człowieka, dla którego bardziej liczy się przyjemność cielesna niż jakiekolwiek inne wartości. Czy warto sięgnąć do powieści Witkowskiego? Samemu odwiedzić "Lubiewo"? Cóż, znów każdy musi sam sobie odpowiedzieć na to pytanie.