Kieszonkowy atlas kobiet, Sylwia Chutnik - Książka - Księgarnia Mareno.pl

Promocje  |  Nowości  |  Bestsellery  |  Zapowiedzi
Szukaj w sklepie:
Twój koszyk jest pusty

Sylwia Chutnik

Kieszonkowy atlas kobiet


Autor: 
Sylwia Chutnik
Liczba stron: 
232
Nr wydania: 
1
Rok wydania: 
2008
Wydawnictwo: 
Korporacja Ha!Art
ISBN: 
978-83-89911-99-5
Okładka: 
broszurowa
Wymiary: 
11x18

 
Życie w kamienicy przy ulicy Opaczewskiej w Warszawie zdaje się płynąć powolnym rytmem. Nic nie zwiastuje katastrofy. Bohaterki książki: Czarna Mańka, pani Maria, Marysia i paniopan Marian, uwikłane w swoje życiowe role matek gastronomicznych, rodziców ubraniowych, córek różowych, cukierników i handlarek bazarowych, otwierają nam drzwi swoich mieszkań. "Kieszonkowy atlas kobiet" to współczesna legenda miejska z wątkiem kryminalnym.
 
 
Szczególnie polecamy Aby dodawać recenzje proszę się zalogować.
Przeczytaj noty wydawców

 
 
 
 
Polecamy również

 
 
Noty wydawnicze:
 
Życie w kamienicy przy ulicy Opaczewskiej w Warszawie zdaje się płynąć powolnym rytmem. Nic nie zwiastuje katastrofy.

Bohaterki książki: Czarna Mańka, pani Maria, Marysia i paniopan Marian, uwikłane w swoje życiowe role matek gastronomicznych, rodziców ubraniowych, córek różowych, cukierników i handlarek bazarowych, otwierają nam drzwi swoich mieszkań.

"Kieszonkowy atlas kobiet" to współczesna legenda miejska z wątkiem kryminalnym.

[Korporacja Ha!Art, 2008]
 
 
Recenzje:
 

dodał: abla79
2008-11-02 00:00
„Kieszonkowy atlas kobiet” to świat zaludniony przez Królowe, Handlary, Bazarówny, Kury, Królowe Biznesu, Gospodynie Domowe, Matki Gastronomiczne, Matki Klozetowe, Madonny Parapetowe, Księżniczki, Urzędniczki, Biurwy, Złe Dziewczynki, Radykalne Księżniczki, Naiwne Dziewczynki, Babska, Maryje Zbrojne, Żelazne Dziewice, Łobuzary itd. Nad wszystkimi bohaterkami książki (choć powinnam napisać bohaterami – bo jest przecież wśród nich Pan Marian) niczym fatum ciąży ich los – nic od nich nie zależy, życie jakby na samym początku spisało wszystkie Marie na straty. Jest na kartach tej powieści Czarna Mańka, która tak samo jak jej matka dopełnia swego losu na bazarze, handlując w blaszanej budzie garnkami, jest Pani Maria – łączniczka z czasów Powstania Warszawskiego, która czeka na śmierć, bo nic już nigdy nie będzie tak jak kiedyś, jest Pan Marian – Paniopan, który został wtłoczony w swoją płeć jakby przypadkiem, no i jest Marysia K., która jako jedyna buntuje się przeciw zastanej rzeczywistości, choć jej bunt jest tak destrukcyjny, że niszczy wszystko, co znajduje na swojej drodze.

Sylwia Chutnik kreśli losy bohaterów swojej książki w taki sposób, że z każdą przeczytaną stroną stają się nam bliżsi, jakby byli sąsiadami zza ściany. Nie wiem, którego z bohaterów książki polubiłam najbardziej – chyba jednak Marysię K., która jakby przeczuwa, że gdy dorośnie, będzie musiała wejść w jedną z życiowych ról: matki gastronomicznej, kury, biurwy itp., stąd jej bunt. Przynajmniej właśnie tak bunt Marysi odczytuję.

Czy jesteśmy z góry skazani na swój los, jak Czarna Mańka, która zupełnie nie ma władzy nad swoim życiem i tylko podczas sprzątania czuje, ze coś od niej zależy, bo brud na jakiś czas znika, czy tak jak Marysia powinniśmy się na swój los nie godzić? Bohaterowie książki Sylwii Chutnik nie mają jednak wyboru, w tym właśnie tkwi ich tragizm.

Debiut Sylwii Chutnik uważam za znakomity: autorka umiejętnie portretuje swoich bohaterów, każdy z nich jest wyrazisty i „żywy”; używa języka, który sprawia, że jesteśmy jakby w środku opowiadanej historii. Pisarka bez wątpienia posiada niezwykły dar obserwacji rzeczywistości i opisywania tego, co zaobserwuje. No cóż, nie zawiodłam się na tej książce ani trochę. Wprost przeciwnie, czekam na kolejną książkę autorki z niecierpliwością.


dodał: Agis
2008-08-26 00:00
Przed przystąpieniem do napisania o tej książce przejrzałam, co na jej temat „mówi Internet”. Ilość recenzji i wzmianek mnie zaskoczyła, niewiele pozycji wywołuje tak żywy oddźwięk. Zaczęłam się nawet zastanawiać nad sensem zabierania głosu w sprawie dogłębnie obgadanej. Ale co zrobić, palce na klawiaturze mnie swędzą, podzielę się zatem i moimi refleksjami.

Być może dlatego reakcja na książkę jest tak żywa, że – chociaż to debiut – Sylwia Chutnik nie jest postacią nagle wyłaniającą się z otchłani niebytu. To niebanalna osobowość z ciekawymi dokonaniami. Sama pamiętam, że kilka lat temu zobaczyłam jej zdjęcie w „Polityce” (na tle ściany książek!) i chociaż dziś zupełnie nie mogę sobie przypomnieć, przy jakiej to było okazji, wiem, że to ono mi po raz pierwszy uświadomiło, że moje pokolenie już wyszło z piaskownicy i zabiera głos w mediach, co do tej pory wydawało się naturalnie przypisane rówieśnikom moim rodziców. Kiedy dowiedziałam się, że osoba ta wydała książkę, czym prędzej zabrałam się do lektury.

„Kieszonkowy atlas kobiet” podzielony jest na cztery części, z których każda opowiada historię kobiety lub, w jednym przypadku, tzw. Paniopana. Dodatkowo w tle cały czas przewijają się krótkie charakterystyki rozmaitych typów damskich. Jest więc m.in. Matka Gastronomiczna, Wdowa Cmentarna, Mała Dziewczynka, Urzędniczka, Maryja Zbrojna, Łobuziara i Żelazna Dziewica.

Co mi się w tej książce podoba?

1.
Zamiłowanie autorki do podsłuchiwania języka ulicy, języka miasta (sama uwielbiam, nauczyłam się tego od Stachury), w jej pisaniu słychać rozmowy tramwajowe, rozmowy przystankowe i kolejkowe, z całym ich folklorem, humorem i czystą formą „tak zwanej życiowej mądrości”.

2.
Uwrażliwianie czytelnika na losy odrzuconych, pominiętych, niekochanych, tych, co to się tylko czeka aż umrą, coby mniej tałatajstwa się po świecie pałętało, coby mieszkań więcej dla wnuków biednych młodych było. Uwiecznienie martyrologii wojennej kobiet. Sugestywny opis marnego żywota polskiego człowieka starego.

3.
Pewne fragmenty książki, w których człowiek przestaje być świadomym, jak to jest to napisane i po co to tak jest napisane, bo przejęty lekturą do trzewi, do utraty tchu, musi przypominać sobie tylko co jakiś czas o konieczności oddychania. Takie były fragmenty opowiadania o Czarnej Mańce, matce Strupek Anulki oraz calutka historia Marii Wachelberskiej, broń (starozakonny) boże nie Wachelberg.

Co mi się nie podobało?

1.
Książka zrobiła na mnie wrażenie wymagającej solidnej redakcji. Potrzeba by dobrego fachowca, który by pisarce pomógł to wszystko wygładzić, dopieścić, wskazać palcem, że ten opis to może niekoniecznie, a to zdanie kupy się nie trzyma i sensu w nim próżno wypatrywać. To pisanie jest takie połatane, posklejane, świetne fragmenty obok zupełnie zwyczajnych albo i – niestety – marnych. Przez większość czasu poświęconego na czytanie miałam ciągłą świadomość chwytów literackich stosowanych przez autorkę. I tak sobie wymyśliłam, że książka jest wtedy dobrze napisana, kiedy czytelnik przestaje myśleć o tym, jakie środki wyrazu artystycznego autor dla niego przygotował, bo są one na tyle zgrane z treścią książki i na tyle zgrabnie zastosowane, że dla czytelnika praktycznie niewidoczne.

2.
Historia Marysi – najmłodszej bohaterki książki. Ta postać jest dla mnie taka papierowa, niewiary-godna, jakaś naciągana. Poza tym drażni mnie jej bezsensowny, głupio wyrażany bunt. Ja jestem jak najbardziej za buntem, ale pozytywnym. Nie podoba nam się niszczenie środowiska? No to dalejże - do drzew się przywiązywać, śmiecie segregować, „Przyrodę Polską” prenumerować, a nie okna w McDonaldzie wybijać. Dorośli są nudni i marnotrawią życie w fotelach przed telewizorem? No to dalejże - fundacje zakładać, wolontariuszem zostać, książkę napisać, a nie bazar podpalać. Dlatego bunt Marysi polegający na wyciąganiu sąsiadom powideł z piwnicy wzbudza we mnie jedynie silną irytację. Ale to jest akurat bardzo subiektywne zastrzeżenie.

Na szczęście autorka książki pisze ją, bo ma coś ważnego do przekazania. Bo są rzeczy, są sprawy, o których może opowiedzieć na swój sposób. Na szczęście nie jest to kolejna nowomodna zabawa formą bez treści. Dziwi mnie tylko (choć pewnie nie powinno, czytam przecież czasem feministyczne publikacje) coś w rodzaju zaskoczenia w recenzjach książki Sylwii Chutnik pisanych przez mężczyzn, że patrzcie no, baba niby, a książkę napisać potrafi i to taką, którą się da przeczytać. I właściwie dobrze, że jest to dobry debiut, a nie od razu wybitny. To daje nadzieję na nową, lepszą książkę, jeśli tylko autorka popracuje nad swoim warsztatem. Bo talent niewątpliwie ma.


dodał: dansemacabre
2008-04-29 00:00
Czasami nie warto dopuszczać kobiet do głosu. Mówią, gdaczą, perorują, nic z tego nie wynika. Literatura współczesna zna też liczne przypadki „przegadanych” kobiecych książek, w których autorki doznają spazmów rozkoszy przy swoich słowach i topią się w otchłani samouwielbienia. Takie te kobiety bywają. „Baby odbijają słowa od siebie nawzajem i zapominają włączyć słuch. Czasami są to monologi do kogoś konkretnego bez nadziei na wysłuchanie i zrozumienie, takie gadanie pro forma i tak sobie. Na ławce w parku, w przychodni, na przystanku. Lecą słowa i zaraz spadają na ziemię”*. Sylwia Chutnik w swojej debiutanckiej powieści też sobie nieźle pogadała, ale nie jest to bynajmniej skierowany na samą siebie monolog. Nie jest to także semantyczne drzewo, z którego opadają liście – słowa bez treści i znaczenia. Autorka w bezkompromisowy i niepowtarzalny sposób zabrała głos w imieniu pokrzywdzonych kobiet, a uczyniła to tak wdzięcznie, że nawet ocierające się o brudny trotuar słowa hałaśliwe, niepotrzebne i brzydkie nabierają tutaj swojej mocy i dynamicznie ubarwiają tę bardzo żywiołową prozę.

To bardzo smutna książka mimo tego, że podczas lektury wielokrotnie wybuchałem śmiechem. Komizm sytuacyjny i słowny kontrastuje z dramatem egzystencjalnej pustki, w jakiej znajdą się bohaterki (i bohater) tej niezwykłej opowieści. Dlaczego niezwykłej? Sztuką jest napisać o zwyczajnych ludziach, zwyczajnych troskach, prostych marzeniach i czarno–białym widzeniu świata z tak umiejętnie dobraną paletą słownych barw. Iskrzy się bowiem „Kieszonkowy atlas kobiet” fantazyjnie skomponowaną fabułą, przekonującymi i ironicznymi dialogami, a nade wszystko demaskatorską narracją, ukazującą iluzje i pęknięcia świata codziennego stolicy, w której mieszkają nie tylko zaganiani pracownicy anglojęzycznych zawodów nastawionych na zysk i wyzysk wbici w garniturowe uniformy, ale także zwykli, szarzy, prości (trochę też prostaccy) ludzie, dla których ważne jest to, że przeżyło się kolejny dzień i to, że prawdopodobnie uda się przetrwać kolejny. Gdzie? Na obskurnym podwórku zapyziałej kamienicy, przy rozsypującym się straganie z tandetą, na brudnej ławce parkowej z obitą butelką po winie marki wino.

Ten specyficzny atlas nakreśla mapy mentalne i charakterologiczne ludzi, którzy mają jakieś prozaiczne marzenia i którym świat uniemożliwia ich realizację. Bazarowa Mańka chciałaby mieć dziecko, Maria Wachelberska święty spokój z demonami wojennej przeszłości, Marian Pawlikowski poczucie, iż jest potrzebny i adorowany, zaś dorastająca Marysia przyjaciółkę punkówę i świadomość tego, że ludzie naprawdę zwracają na nią uwagę. Cała ta czwórka zostanie sugestywnie sportretowana, aby w tle tego portretowania można było ukazać rysy charakterologiczne polskich kobiet, tak wielkich w swych wyobrażeniach o sobie i tak małych we własnych postępkach. Chutnik weźmie pod lupę polską kobiecość, ale przede wszystkim polską zawiść, zjadliwość, ksenofobię i złośliwość. Proste marzenia rozbiją się o bruk codzienności, a słowa opisujące paradę rozmaitych typów kobiet zderzą się z ich rzeczywistymi obrazami. Spójrzmy na cztery specyficzne Marie, aby przyjrzeć się, w jaki sposób wykorzystując jedną ścieżką semantycznych podobieństw można oddać wielość emocji i zdarzeń niekoniecznie kobiecego świata.

Pierwsza Maria to królowa. Królowa bazarowa oczywiście. Dodatkowo święta z drucianą aureolą własnego autorstwa. Zakompleksiona i porzucona przez wszystkich, zdaje się cierpieć na atrofię emocji, które ożywają w niej jednak w momencie, gdy wygrzebany ze zlewu skrzep poronionego zarodka stanie się jej długo wyczekiwaną córką. To taka „Matka Wariatka z rozwianym włosem, bawiąca się w piaskownicy własnymi marzeniami”**. Od niej można tylko uciekać. Dlatego też autorka w swym monologu powieściowym ucieknie do drugiej Marii. Sędziwa bohaterka jest żywym grobowcem, żyje z traumą wojennych doświadczeń i świadomością, że zawsze udawało jej się umknąć śmierci, a teraz musi ją odpędzać nożem trzymanym pod poduszką. Histeryczna rzeczniczka tych, którzy odeszli, sama dla siebie jest zagrożeniem. Mroczne widmo, które wegetuje. „Umarła za wszystkich ludzi, którzy zginęli na wojnie. Umarła, żyjąc nadal. Jak błąkająca się dusza bez możliwości zaznania spokoju”***. Chutnik zostawia ją w piwnicy kamienicy i nie patrząc na agonię zabiera nas na spotkanie z trzecią Marią, a właściwie Marianem. Człek ten to złota rączka, hafciarz i krawiec, adorowany przez kobiety, ale przez żadną niezwiązany małżeńskim węzłem. Szykowny i elegancki „paniopan” ma takie same problemy z własną tożsamością, jak otoczenie z zaakceptowaniem go w pełni takim, jaki jest. Kiedy Marian dzielnie obroni się przez zakusami takiego, co to myśli, że on mężczyzn lubi, powędrujemy do świata małej kontestatorki, makabrycznie figlarnej Marysieńki, która zabija wzrokiem, wpycha gumy i żelowe misie do zamków i otworów w bankomatach, a nade wszystko stale kpi i wyszydza świat, w którym nie jest w stanie się odnaleźć. Marysia ma powody do ustawicznej walki z rzeczywistością, w jej mniemaniu skutecznymi sposobami. Jej pragnienia? „Choćby na chwilę poprzestawiać cały świat, wrzucić ziarenko do bezbłędnej maszyny. Niech coś się dzieje, niech się wszyscy obudzą, niech na chwilę zatrzymają”****. I ta oto Marysia doprowadzi do finałowej katastrofy, która nadać może całej opowieści dodatkowego znaczenia.

Brawa za odwagę i brawa za dociekliwość. Brawa za zabranie głosu w imieniu tych, za których jeszcze tak sugestywnie się nie wypowiadano i brawa za to, że choć ten literacki atlas jest typowo babskim gadaniem, nie jest to gadanie nużące, a wręcz przeciwnie – nastraja i zmusza do refleksji. Nie tylko o typach kobiet.



---
* Sylwia Chutnik, "Kieszonkowy atlas kobiet", wyd. Korporacja Ha!Art, 2008, s. 49.
** Tamże, s. 62.
*** Tamże, s. 106.
**** Tamże, s. 198.


dodał: gajda
2008-04-12 00:00
Sylwia Chutnik - dwudziestopięcioletnia kobieta z wystrzępioną grzywką jest zbieraczką unikatowych klechd, czego świadectwem jest jej debiutancka powieść „Kieszonkowy atlas kobiet”.

Broszurowa książka, której okładkę zdobi surowy rysunek Anny Ostoi, niesie ze sobą niebotyczny ładunek emocjonalny, okraszony pokaźną porcją estrogenu. Już sam tytuł może naprowadzić czytelnika na właściwy dukt interpretacyjny. Nietrudno się domyślić, że rzecz będzie poświęcona kobietom. Wyjątkowo wyeksploatowany temat literacki nie zostaje bynajmniej potraktowany po dyletancku. Wręcz przeciwnie - pisarka dogłębnie bada kobiecą psychikę i bez pardonu wyciąga na światło dzienne sprawy, które winny pozostać jedynie niewieścim misterium.

Warto zwrócić uwagę na budowę powieści. Otóż każdy z rozdziałów traktuje o nietuzinkowej białogłowie. Autorka zmyślnie konstruuje bildungsromanową galerię osobliwości, nie pomijając smakowitych przypowieści z życia innych członków rodziny bohaterek.

Niezwykle ważki w życiu każdego mieszkańca warszawskiej kamienicy przy ulicy Opaczewskiego, w której rezydują bohaterowie, jest BAZAR. Bazarowe życie nosi znamiona obsesji. Miejsce to jest niejako gloryfikowane przez wspólnotę. Powieść inicjuje rozdział o typowym targowym dniu, w którym, parafrazując znane romantyczne hasło, bywalcy suku powtarzają: "Bazar, honor, ojczyzna"*.

Pierwszą lokatorką kamienicy, która uchyliła drzwi, była Maria, która nigdy nie czuła naukowego powołania. Już od wczesnych lat, miast skupić się na przyswajaniu szkolnej wiedzy, tropiła obniżki i promocje w pobliskich kramach. Na jej biurku nie można było uświadczyć szkolnych kajetów. Mańka kolekcjonowała ulotki sklepowe i wczytywała się w kupony rabatowe. Pewnego dnia ostatecznie porzuciła szkołę i rozgościła się na targu. Zostawszy Królową Bazaru, której komnatą był blaszany barak, bohaterka pod osłoną falistej faktury skrywała swoje pragnienia i starała się zatuszować naiwność.

Największym problemem heroiny były zachwiania tożsamości. Jawnie przyznawała się, że nie czuje swojego ciała, a niektóre myśli wydają się jej zupełnie obce. Odnosiła wrażenie, że jest tylko obserwatorką życiowej historii, do której scenariusz z przykrym zakończeniem został już napisany i nie może doń wprowadzić zmian. Maria, aby poczuć swoją duszę i poczynić studia nad swoim sumieniem, ścierała nadgarstki. „Maria to kobieta, która wystawiona na chropowatość losu próbuje się nie rozwalić”**. Ta niewiasta żyła w iluzorycznym impasie. Wpatrując się w otaczające ją stoiska z warzywno-ubraniowo-gastronomiczno-stolarskim asortymentem, przypuszczała, że jest spełniona. Niestety, nie mogła dokonać porównawczej analizy, ponieważ nie znała innego świata. Mania - człowiek bez właściwości - rozpaczliwie bała się śmierci, bo, jak sama mówiła, „żeby nie żyć trzeba najpierw żyć”***.

Leciwa pani Maria, będąca kolejną mieszkanką kamienicy przy warszawskiej ulicy, doświadczała reminiscencji dzieciństwa. Żyjąc przeszłością, nieprzerwanie roztkliwiała się nad minionymi, często dojmującymi przeżyciami. Głównie skupiała się na opowieściach związanych ze swoją matką i ich trudnym życiem w dobie powstania warszawskiego. Przykre wydawało się jej ostateczne rozliczenie z życiem i dość niefrasobliwy plan pożegnania się ze światem. Staruszka udała się do piwnicy, która była dla niej miejscem bardzo przykrych rozliczeń z własnym sumieniem. Apoteozując to miejsce, była przekonana, że właśnie tutaj winna po raz ostatni zamknąć oczy.

Zdziwienie, a nawet rozczarowanie mogła wywołać u czytelnika osoba Mariana, który sprawiał wrażenie błądzącego w tej kamienicznej opowieści o kobietach. Nic bardziej mylnego - autorka celowo umiejscowiła tutaj tę postać, nobilitując ją tytułem - paniopana. Dzięki niemu bez żadnych zahamowań mógł meandrować między historiami o niewiastach. Wysoce intrygujący Marian Pawlikowski, cukiernik i pasjonat hafciarstwa, miał problem z życiem według ugruntowanego przez stulecia scenariusza. Wyzwolony z ograniczeń płci pięćdziesięciolatek bez problemu wkładał zarówno kostium stanowczego samca, jak i uczynnej i życzliwej kobiety. Problemy z ekspresją ego były powodem drwin i złośliwości ze strony nieznajomych. Nieobce były Marianowi inwektywy „Ciota, Pedał, Gej”**** kierowane w jego stronę. Oparcie znalazł wśród najbliższych sąsiadów, a także stałych bywalców bistro Fantazja. Oni świetnie znali jego wartość i tak naprawdę nie przywiązywali wagi do seksualności towarzysza zabaw. Chcąc uspokoić konwencjonalnych adwersarzy, że obce są mu skłonności homoseksualne, Marian deklarował, iż jest już zbyt stary, aby związać się z kobietą.

Paniopan to doskonały przykład, że nie zawsze należy spełniać wymagania stawiane przez otoczenie. Idealnie uprasowane idee często uwypuklają szwy niedoskonałości. Prezentacja seksualnej aberracji paniopana jest próbą projekcji i wyciągnięcia przed oblicze odbiorcy problemu hermafrodytyzmu. Protagonista uważał, że zachowania uznawane za oficjalnie nieprzystające płci brzydkiej nie są dowodem na to, iż człowiek uprawia grecką miłość.

Książkę zamyka przypowieść o nieroztropnym podlotku - Marysi. Jej spokojne życie pękło wówczas, gdy wkroczyła w okres buntu. Pragnienie zapoznania się z osobą o wiele bardziej butną i ubierającą się w sposób kontrowersyjny było dla niej sensem życia. Dążenie do spotkania z nią stało się rodzajem obsesji.

Nowalijka Sylwii Chutnik to pinakoteka niepospolitych białogłów, których życie skupia się przede wszystkim w warszawskim domu. To on jest literackim spoiwem, symbolem wiecznego trwania i ostoi. Kamienica stanowi scenerię ich szczęścia, a także przykrych wypadków. Dla każdej z postaci zupełnie czym innym jest dom. Dla pani Marii czynszówka jest na przykład łącznikiem, który wiąże ją z przeszłością, natomiast dla paniopana Mariana budynek stanowi schronienie prze bolączkami nietolerancji.

Z przykrością muszę stwierdzić, że najgorszą stroną pisarstwa pani Chutnik jest język. Opowieść zbudowała autorka z bardzo krótkich zdań pojedynczych, które mają wywołać w czytelniku wrażenie dynamizmu i surowości opowieści, ale są dlań niestrawne. Manieryczna rytmizacja tekstu wzorowana na hiphopowych kawałkach przyprawia odbiorcę o ból głowy.

Mimo drobnych lingwistycznych nierzetelności, gorąco polecam tę książkę wszystkim miłośnikom kobiet, którzy odnajdują się w ich bogatszym znaczeniowo i uczuciowo świecie, a także osobom, które nie wierzą w siłę sprawczą kobiet. Pierwsi - tylko utwierdzą się w słuszności swoich przekonań, natomiast drudzy zrozumieją, jak bardzo się mylą...



---
* Sylwia Chutnik, „Kieszonkowy atlas kobiet”, wyd. Korporacja H!art, 2008, str. 37.
** Tamże, str. 35.
*** Tamże, str. 51.
**** Tamże, str. 76.

 
 
 


Dla klientów Moje konto Warunki zakupów Warto odwiedzić O firmie
rss