Stefan Żeromski
Ludzie bezdomni
Lektura z opracowaniem
Autor: Stefan Żeromski
Liczba stron: 256
Rok wydania: 2008
Wydawnictwo: Zielona Sowa
ISBN: 9788374354950
Nazwa serii wydawniczej: Lektura z opracowaniem
Okładka: oprawa broszurowa
Wymiary: 14.5x20.5
Żeromski - sumienie pokolenia. Moralista zawsze żądający zbyt wiele. Powinien urodzić się pół wieku wcześniej. Inaczej wówczas brzmiałoby jego romantyczne "wszystko albo nic". Ale żył na przełomie wieków i patos jego inteligenckich bohaterów budzi nasze zdumienie i... niedowierzanie. Kim jest doktor Tomasz Judym? Romantycznym herosem z dyplomem lekarskim czy sentymentalnym cierpiętnikiem nikomu niepotrzebnej sprawy? Jakie refleksje budzi jego dramatyczny wybór pomiędzy miłością a powinnością? Czy rzeczywiście jest to nie do pogodzenia?Oprócz treści utworu w książce znajdziesz:- przypisy do utworu- krótko i przystępnie zaprezentowane wiadomości wstępne- komentarze do tekstu na marginesach, oznaczone symbolami graficznymi- szerokie marginesy, na których możesz robić notatki- wyróżnione znane cytaty- życiorys autora- streszczenie utworu- wyczerpujące omówienie problematyki- plany najczęściej pojawiających siewypracowań związanych z lekturą.
Poleć znajomemu:
Noty wydawnicze:
"Ludzie bezdomni" to powieść-panorama ukazująca społeczeństwo polskie końca XIX w. Dzięki postaci lekarza, Tomasza Judyma obserwujemy środowisko lekarskie, elity towarzyskie, a przede wszystkim ludzi zamieszkujących dzielnice biedoty w różnych częściach kraju. Kluczową kwestią jest w utworze pojęcie bezdomności rozumiane zarówno w sensie materialnym, jako brak dachu nad głową i nędza, jak i w wymiarze psychologicznym, jako wykorzenienie, samotność, wyobcowanie, wynikające z niezgody na świat, w którym nie można być szczęśliwym.
[Wydawnictwo Zielona Sowa, 2003]
Stefan Żeromski - "krwawiące sumienie narodu", moralista zawsze żądający zbyt wiele, powinien urodzić się pół wieku wcześniej. Inaczej wówczas brzmiałoby jego romantyczne "wszystko albo nic".
Kim jest doktor Tomasz Judym? Romantycznym bohaterem z dyplomem lekarskim czy sentymentalnym cierpiętnikiem nikomu niepotrzebnej sprawy? Jakie refleksje budzi jego dramatyczny wybór pomiędzy miłością a powinnością? Czy rzeczywiście są to rzeczy nie do pogodzenia?
"Ludzie bezdomni" - jedna z najważniejszych polskich powieści przełomu wieków, jak cała twórczość Żeromskiego, przez wiele lat była źle interpretowana, na siłę ideologizowana. Jak czytamy ją dzisiaj?
[Prószyński i S-ka, 2000]
Recenzje:
dodał: K-atarzyna
2009-01-18 00:00
UWAGA! W recenzji dosyć dokładnie streściłam akcję książki i zdradziłam zakończenie.
Przeczytałam "Ludzi bezdomnych", ponieważ byli w jednym tomie z "Syzyfowymi pracami" - moją lekturą. Lekturą się bardzo zniechęciłam, więc postanowiłam sprawdzić, czy inne powieści Żeromskiego są lepsze, dać mu drugą szansę. Najpierw przez przypadek zajrzałam na ostatnią stronę i przeczytałam końcowy fragment, gdy Judym zastanawia się, kto płacze: Joasia czy sosna rozdarta. Zachęciło mnie to do całej książki. Dlaczego jakaś Joasia płacze? O co chodzi?
Głównym bohaterem jest doktor Tomasz Judym - idealista walczący o higienę i godne warunki życia pacjentów. Spotyka się z niezrozumieniem - najpierw podczas odczytywania swojego referatu w gronie lekarzy, a póżniej w zakładzie leczniczym, gdy dyrektor i administrator nie zgadzają się na proponowane przez niego reformy - osuszenie terenów w pobliżu, by ludzie nie chorowali na malarię. W końcu zakochuje się w Joasi. Jest dla niego bardzo ważna, a jednak decyduje się odrzucić wspólne życie. Dlaczego? Na początku trudno było mi to zrozumieć. Ostatecznie doszłam do wniosku, że Judym po prostu nie potrafił stworzyć rodziny. Nie widział przed sobą żadnych perspektyw, w pewien sposób zniechęcił się do życia, odkąd opuścił ukochane Cisy, dla których tyle zrobił. Ciągnęły się za nim przykre wspomnienia z dzieciństwa (chora matka, pijany ojciec, potem - niekiedy agresywna ciotka) oraz niskie pochodzenie społeczne. Był wrażliwy. Chyba nie dawał sobie rady ze wszystkim, co go spotkało, szczególnie po śmierci Korzeckiego, który też odczuwał brak chęci do życia. Judym twierdził, że musi teraz odpokutować to, co dostał. A przecież i tak nie miał wiele. Dużo przeszedł w życiu. Czy nie zasłużył na miłość i życie u boku ukochanej? Dlaczego sobie nie przyznał tego prawa? Przecież nie chodziło o zamiłowanie do leczenia chorych, bo już nie czuł dawnej energii do pracy i chęci ulepszania świata. Był zrezygnowany, wypalił się. Może myślał, że jego problemy z samym sobą wyrządzą krzywdę najbliższej mu osobie. Może bał się miłości i szczęścia. Ale chyba powinien spróbować? Nie do końca rozumiem decyzję Judyma i myślę, że postąpił źle. Skazał siebie i Joasię na cierpienie, a przecież mogliby być szczęśliwi razem.
W książce podobały mi się niektóre opisy, ale jednak było ich za dużo. Praca w kopalni czy w innym zakładzie nie interesuje mnie na tyle, by czytać o niej przez kilka stron. Nie ma to wpływu na akcję. Właśnie dlatego postawiłam "Ludziom bezdomnym" 5 - ze względu na zbytnie rozpisanie się Żeromskiego. Gdyby pominął kilka nieistotnych sytuacji i skrócił opisy, oceniłabym tę książkę na 6.
dodał: dot59
2008-11-24 00:00
No i znowu skusiła mnie - po trzydziestu z górą latach od ostatniego z nią kontaktu - dawna licealna lektura, jedyna, nawiasem mówiąc, znana mi powieść z lekarzem w roli głównej, której nie miałam ochoty czytać powtórnie. Ale ponieważ potrzebne mi były argumenty zdolne przekonać młodsze pokolenie rodziny, że warto się z nią zapoznać w całości, postanowiłam jednak przegryźć się przez „Ludzi bezdomnych” po raz drugi.
Moja wcześniejsza awersja nie tyle nawet do samej książki, co do jej bohatera, wzięła się stąd, że nie byłam w stanie zrozumieć jego finałowej decyzji. Będąc wówczas idealistką bodaj czy nie większą niż sam Judym, nie wyobrażałam sobie jednak, jak można w imię jakiejkolwiek idei - poza, oczywiście, sytuacją opisaną w pieśni dobrze znanej współczesnym Judyma, której anonimowy bohater oznajmiał: „tobiem winien miłość, a Ojczyźnie życie (…), niepodległość Polski to twoja rywalka”[1] - wyrzec się miłości, a co gorsza, wyrzekając się jej, skrzywdzić drugiego człowieka. Prawdą jest, że, biorąc się za działalność konspiracyjną przeciw systemom totalitarnym, bezpieczniej może było nie wiązać się z nikim, by w razie wpadki nie narażać najbliższych na śmierć w męczarniach - ale przecież w przypadku Judyma o tym nie ma mowy. Owszem, spiskuje przeciw caratowi i trafia na zesłanie (czego oczywiście Żeromski nie mógł napisać dosłownie, ale półsłówek i omówień jest na tyle dużo, że łatwo wywnioskować, w czym rzecz) brat Joasi, działa w organizacji robotniczej brat Tomasza, lecz on sam sprawia wrażenie zupełnie indyferentnego politycznie. Oczywiście, jego prosocjalne zapatrywania, a właściwie bezkompromisowość i zapalczywość, z jaką je manifestuje, narażają go na ostracyzm środowiskowy i na utratę pracy - czego doświadcza jednak i przed, i w trakcie znajomości z Joasią, jakoś sobie z tym radząc, i co w żadnej mierze dzielnej dziewczyny nie odstrasza. A więc dlaczego…?
A może to pytanie należałoby sformułować inaczej - nie „dlaczego”, ale „czy”? Czy Judym wie, co traci? Czy umie kochać? Kto i kiedy miał go nauczyć, czym jest miłość? „Ojciec wiecznie pijany, matka wiecznie chora. Zepsucie, nędza i śmierć”[2]? Ciotka-prostytutka, która dla kaprysu wzięła bratanka na wychowanie, wynagradzając sobie sumy łożone na jego naukę obelgami i szturchańcami? Rozflirtowane i rozpróżniaczone towarzystwo w Cisach? Gdzie miał zobaczyć obraz szczęśliwej rodziny? Wśród „swoich”, wegetujących w brudzie i głodzie, czy w „wyższych sferach”, gdzie do wyjątków należały związki zawierane nie na zasadzie transakcji handlowej?
A jeśli nawet jakimś cudem przeczuwa, na co mógłby liczyć, pozostawszy z Joasią - tchórzy. Z obawy przed samym sobą, że on, wywodzący się „z motłochu, z ostatniej hołoty”[3], obarczywszy się rodziną, ulegnie pokusie, by do „tej resztki (…), tej najostatniejszej”[4], za którą Joasia obiecuje utrzymać dom, coś jednak dołożyć. A jeśli spróbuje, „zakiełkuje w nim przyschłe nasienie dorobkiewicza”[5], zmieni się w takiego Węglichowskiego - i nie będzie mógł spojrzeć w lustro… Patrząc na to w ten sposób, można przynajmniej zrozumieć kulisy jego absurdalnej decyzji, w dalszym ciągu jej nie pochwalając, lecz raczej mu współczując, niż go potępiając.
Podobne wytłumaczenie, wraz ze streszczeniem fabuły, znajdziemy pewnie i w którymś z „bryków”. Zatem czy prócz tego jest jeszcze coś, co nas przekona, że warto sięgnąć po „Ludzi bezdomnych”? Moim zdaniem są przynajmniej trzy takie walory. Jednym z nich jest umiejętność wyrazistego odmalowania występujących w powieści grup społecznych: najuboższego proletariatu, podupadłej szlachty i tworzącej się dopiero klasy średniej - żyjącej z pracy własnych rąk i własnego umysłu, lecz aspirującej znacznie wyżej niż pospolici robotnicy i rzemieślnicy. Nie da się przy tym nie zauważyć, że w sportretowanie dwóch ostatnich włożył Żeromski sporo gorzkiej ironii (zabawna scena z panienkami przymuszanymi przez babkę do podziwiania dzieł sztuki; tyleż komiczny, co irytujący przyczynek do analizy metod wychowawczych matki Dyzia; prezentacje sylwetek Krzywosąda, Listwy itd.), a pierwszej - maksimum tragizmu (na wskroś naturalistyczne opisy realiów egzystencji polskich i żydowskich nędzarzy w warszawskich slumsach, warunków pracy w fabryce cygar, hucie i kopalni; dramatyczna - ledwie kilkunastowersowa - scena z „babką wariatką”[6] u sąsiadów Wiktora itp.).
Kolejny atut powieści to świetna (tym bardziej zasługująca na uwagę, że dokonana przez mężczyznę w czasach, kiedy nie istniała praktycznie żadna literatura psychologiczna, umożliwiająca mu wgląd w sposób myślenia i odczuwania płci przeciwnej!) kreacja postaci Joasi, w swoim dzienniku dającej wykład emancypacyjnych dążeń światłych kobiet, a przy tym wszystkim bezpretensjonalnej, dziewczęcej i romantycznej.
Ostatni zaś (przyznaję, że dyskusyjny, bo dla niektórych czytelników jest to właśnie największa przeszkoda w lekturze), to możliwość posmakowania specyficznego stylu i języka Żeromskiego, w opisach przyrody aż rojącego się od typowych dla młodopolszczyzny epitetów typu „cudowny”, „przecudna”, „śliczne”, „radosna”, pełnego manierycznych, czasem aż śmiesznych zwrotów („uczuł, jak zatapiają się w nim zimne kły rozkoszy”[7]; „poznał ją bardziej przez słodkie zemdlenie zmysłów, przez jakiś chłód wewnętrzny ściekający po twarzy i piersiach[8]; „gdyby pieszczone ręce dziewicze, których dotąd słońce nie skalało”[9]), gdzie indziej buchającego naturalizmem („oczy krwawe, ciekące”[10]; „powietrze pełne smrodu ciał pracujących w upale”[11]; „uschnięte babska, zgniłe dzieci dygocące w potach malarii”[12]), gęsto przetykanego wyrażeniami łacińskim, francuskimi i archaizmami (na jednej tylko stronie mamy „dryndy”, „bułki chleba”, „chambres garnies”, „wapory” „mantylkę” i „wskróś”[13]; jeśli w ręce przeciętnego licealisty trafi wydanie pozbawione objaśnień, takie jak to, które mam przed sobą, zmęczy się srodze, a pewnie i zniechęci, szperając po słownikach w poszukiwaniu znaczenia poszczególnych słówek…) - a jednak w jakiś niepojęty sposób pełnego uroku i ogromnie plastycznego. Jedyna na tych ponad czterystu stronach scena, którą trudno mi było ujrzeć oczyma wyobraźni, to filozoficzno-egzystencjalna dyskusja w mieszkaniu Kalinowicza, niemająca zresztą aż tak wielkiego znaczenia dla wymowy całości.
Reasumując - nie jest to lektura łatwa ani przyjemna, ale tak bardzo znamienna dla danego okresu naszej historii i danego trendu w naszej literaturze, tak mocno akcentująca problem odpowiedzialności jednego człowieka za los innego i złożoności dokonywanych przez nas wyborów, że jej nieprzeczytanie zubożyłoby naszą wiedzę o świecie i ludziach.
---
[1] „Bywaj, dziewczę, zdrowe”, autorzy nieznani, w: „Śpiewnik”, opr. Hieronim Chamski, Wydawnictwo Hejnał, Płock 1993, s. 54.
[2] Stefan Żeromski, „Ludzie bezdomni”, Czytelnik, Warszawa 1971, s. 122.
[3] Tamże, s. 410.
[4] Tamże, s. 407.
[5] Tamże, s. 410.
[6] Tamże, s. 42.
[7] Tamże, s. 30.
[8] Tamże, s. 150.
[9] Tamże, s. 157.
[10] Tamże, s. 40.
[11] Tamże, s. 48.
[12] Tamże, s. 235.
[13] Tamże, s. 37.