Agata Tuszyńska
Rodzinna historia lęki
Autor: Agata Tuszyńska
Liczba stron: 424
Nr wydania: 1
Rok wydania: 2007
Wydawnictwo: Literackie
ISBN: 978-83-08-04057-7
Okładka: oprawa broszurowa
Wymiary: 14.5x20.5
To fascynująca biografia kilku pokoleń polskiej i żydowskiej rodziny, pełna dramatów mających swój początek w przeszłości i tajemnic nie ujawnianych nawet po śmierci.
Poleć znajomemu:
Klienci którzy kupili ten produkt kupili także:
Polecamy również
cena
30.49 zł
Noty wydawnicze:
Agata Tuszyńska wychowała się w tradycyjnym polskim domu, gdzie strojono choinkę i łamano się świątecznym opłatkiem. Była już dorosła, kiedy dopuszczono ją do tajemnicy - matka i jej rodzina to polscy Żydzi, którzy w powojennej Polsce kontynuowali życie rozpoczęte w latach zagłady, w ukryciu, na aryjskich papierach.
Efektem tego odkrycia stały się wieloletnie wędrówki Agaty Tuszyńskiej śladami jej najbliższych - matki, niezdolnej zapomnieć grozy wyznaczonej opaską z sześcioramienną gwiazdą, oraz ojca, pochodzącego z proletariackiego domu na przedmieściach Łodzi, później wybitnego dziennikarza sportowego.
"Rodzinna historia lęku" to fascynująca biografia kilku pokoleń jej polskiej i żydowskiej rodziny, pełna dramatów mających swój początek w przeszłości i tajemnic nie ujawnionych nawet po śmierci.
"Musiały minąć lata, zanim znalazłam w sobie siłę na przyjęcie tej wiadomości. Zanim dopuściłam ją do świadomości, która się przed tym broniła. Potrzebowałam czasu, żeby to przyjąć. Ciągle jeszcze nie zaakceptować, ale rozważyć w sobie taką możliwość.
Czy się stało? Czy mogę o sobie powiedzieć: jestem Żydówką?"
[Wydawnictwo Literackie, 2007]
Recenzje:
dodał: dot59
2008-09-12 00:00
Polscy Żydzi i ich losy... „Nie kupuj u Żyda” i getto ławkowe; żółte opaski z gwiazdą Dawida, ucieczki, ukrycia, fałszywe papiery, szmalcownicy i obozy zagłady; Jedwabne i pogrom kielecki; marcowa emigracja, szukanie siebie na obczyźnie; tajemnicze dokumenty, odkrywane przed rodziną czasem dopiero na łożu śmierci...
„Dziewczynka w czerwonym płaszczyku”, „Memorbuch”, „Uchodźcy”, „Malowany ptak”, „Pianista”, „W ogrodzie pamięci”, „Sennik polsko-żydowski”, i reportaże Hanny Krall, i motywy w utworach czysto beletrystycznych (tylko w ostatnim półroczu natrafiłam na dwie czy trzy takie powieści)... Czy to nie wystarczy? Czy potrzeba jeszcze więcej pozycji opowiadających o dramacie kolejnego Samuela-Szymona i Udel-Adeli? Czy nie są one tylko formą autoterapii dla ich potomków, zmagających się z ciężarem rodzinnego dziedzictwa?
Jeśli o to chodzi, książka Tuszyńskiej na pewno miała spełnić tę funkcję. Stać się zapisem przeżyć kobiety, która dopiero osiągnąwszy pełnoletność dowiaduje się, że jedna z gałęzi jej drzewa genealogicznego naznaczona jest od zawsze piętnem obcości wśród swoich, a od z górą pół wieku także strachem – przed śmiercią, przed utratą najbliższych, w najlepszym razie upokorzeniem i odrzuceniem – i której potrzeba całych lat, by zmierzyć się z wyzwaniem rzuconym przez tę informację. Być próbą samookreślenia – czy jest Polką, skoro tu się urodziła, polski jest jej ojczystym językiem, dziadek był oficerem Wojska Polskiego, a spora część rodziny pomagała podnosić Warszawę z gruzów – czy jest Żydówką, skoro połowa przodków do drugiego pokolenia wstecz nosiła hebrajskie imiona, a troje pradziadków, babka i masa dalszych krewnych zginęła w Holocauście? I równocześnie próbą zrozumienia, dlaczego trzymano to przed nią w tajemnicy i dlaczego ona sama przez długi czas wzbraniała się o tym głośno mówić. Ale powiedzieć, że jest tylko autoterapią, byłoby karygodnym uproszczeniem.
Bo jest też materialnym wyrazem pragnienia ocalenia pamięci tych, którzy byli, pracowali, kochali, piastowali dzieci i wnuki, i po których nie zostało nic. Ani zapisów w księgach metrykalnych, ani zdjęć, ani inskrypcji na nagrobkach. Nie zostało między innymi dlatego, że cywilizowana chrześcijańska Europa machała lekceważąco ręką na projekty „rozwiązania kwestii żydowskiej” przez Hitlera, czasem po cichu im przyklaskiwała, a kiedy ta obłąkańcza idea stała się faktem – jedni uciekali w bezradność, inni w niewiarę.
I – niestety! – jest skromnym, choć wymownym przyczynkiem do analizy zjawiska polskiego antysemityzmu. Bolesnym pytaniem: dlaczego właśnie my - naród, który wyszedł prawie tak samo okaleczony z wojennej gehenny, który widział na własne oczy pohańbienie i męczeństwo sąsiadów, kolegów z pracy czy uczelni – nadal tolerujemy wypowiedzi będące „klonami” nazistowskich haseł? Ktoś pisze na murze: „Żydy rozkradają ten kraj”[1]; rolnik, syn kobiety, która przez pewien czas ukrywała w swoim gospodarstwie babkę autorki, mówi: „Hańba i wstyd, jak te Żydy cały świat opanowały. Nie wiem, po co było ich ratować. Drzwiami i oknami powracali, a podobno tylu ich zabili, i tu u nas chcą rządzić”[2]. Czy naprawdę nie zdajemy sobie sprawy, że od podobnych słów tylko krok do postawy tego dorożkarza zapraszającego do swojego wehikułu kobietę z dzieckiem napastowaną przez szmalcowników... tylko po to, by za chwilę zatrzymać się przed gestapo i powiedzieć: „A co,? Myślałaś, Żydówo, że cię nie oddam, gdzie twoje miejsce?”[3]. Czy to nie wstyd dla nas wszystkich, że dzięki ludziom takim jak on nie może pozbyć się lęku kilka pokoleń polskich obywateli, różniących się od „standardowego Polaka” typem urody, wyznawaną religią albo imieniem babki? W przypadku autorki jest to już tylko lęk, że „w tym kraju, w moim kraju, musi znaleźć się ktoś, kto mnie za to opluje”[4]. Ale wcześniej...?
Dla równowagi - jest również hołdem złożonym tym nielicznym, którzy nie bali się przechowywać w szafie, w piwnicy, w klasztornym sierocińcu współobywateli o „niedobrym” wyglądzie, którzy – jak wuj Oleś, przed wojną jako goj i rozwodnik niepoważany zbytnio przez żydowską rodzinę żony – z narażeniem życia wyprowadzali z getta nie tylko powinowatych czy znajomych, ale i każdego, kogo mogli. Bo „dopóki są w moim kraju tacy ludzie, warto i trzeba w nim żyć”[5].
Niezależnie jednak od wydźwięku ideologicznego i wartości dokumentalnej, książka jest po prostu świetnie napisana i gdybym miała sporządzić ranking pozycji o podobnym charakterze, przyznałabym jej jedno z czołowych miejsc. Autorka zastosowała ciekawą technikę porządkowania rodzinnych historii i własnych reminiscencji, niebędącą ani typowym strumieniem świadomości, ani usystematyzowaną „od-do” opowieścią. To taki patchwork literacki, pozszywany z oddzielnych wspomnień, myśli, obrazów, garstki zachowanych zdjęć i dokumentów, z przerwami pozwalającymi się domyślać, że i tu, i ówdzie jeszcze czegoś brakuje: jakiejś scenki, jakiejś informacji. Do tej koncepcji układu treści idealnie pasuje język, balansujący między typowym językiem narracyjnym, z długimi, złożonymi zdaniami, a językiem reportażowym, potoczniejszym i bardziej urywanym, dosłownie oddającym czyjeś wypowiedzi i myśli. I ani chwili znudzenia czy zmęczenia podczas lektury, ani sekundy poświęconej na zżymanie się na niedoskonałości warsztatowe! Naprawdę warto było przeczytać.
---
[1] Agata Tuszyńska, „Rodzinna historia lęku”, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2007, s. 178.
[2] Tamże, s. 277.
[3] Tamże, s. 13.
[4] Tamże, s. 181.
[5] Tamże, s. 405.
dodał: anndzi
2006-12-19 00:00
Każda rodzina ma swoją historię, tradycje i sekrety. Czy historia rodziny może być historią lęku? Czy sekrety mogą być tak wielkie, że stają się sprawą życia i śmierci? Czy można wstydzić się swoich korzeni i tradycji?
Zastanawiam się, jakie to musi być uczucie, w wieku dziewiętnastu lat (moim wieku) dowiedzieć się o swoim żydowskim pochodzeniu. Agata Tuszyńska właśnie wtedy usłyszała od matki, że jest Żydówką. Po początkowym szoku i niedopuszczaniu do siebie tej wiadomości, zaczęła się interesować swoimi przodkami i przeszłością; odkrywać kawałek po kawałeczku tajemnicę, która spowijała ją przez całe życie.
„Rodzinna historia lęku” to saga dwóch rodzin: polskiej i żydowskiej, których losy nierozerwalnie się splatają. Autorka odsłania na kartach swojej powieści każdą postać, starając się tłumaczyć jej postępowanie i zachować o niej pamięć. Bo to jest najważniejsze.
Ojciec pisarki, Polak, to słynny w epoce PRL-u dziennikarz - Bogdan Tuszyński. Jej matka, również dziennikarka, jest Żydówką. Rodzice rozeszli się, kiedy Agata była jeszcze małą dziewczynką. Od tego czasu stale towarzyszył jej lęk. Lęk przed wyobcowaniem, chłodem, samotnością. Ojciec nie był już tym samym, kochającym tatusiem. Czuła się gorsza od jego dzieci z drugiego małżeństwa. Poczucie „inności” towarzyszyło jej stale, chociaż nie umiała określić jego źródła. Nie wiedziała, dlaczego nie chodzi na religię oraz dlaczego nie uczestniczyła w Pierwszej Komunii Świętej. Nie dociekała tego, ale jej postawa zmieniła się, kiedy poznała swoją prawdziwą tożsamość. Zaczęła zadawać mnóstwo pytań dotyczących jej samej oraz krewnych; tak bliskich, a jednocześnie tak dalekich i nieznanych. Niektóre z nich na zawsze pozostaną bez odpowiedzi. Bo jak przemówić mają umarli?
Matka Agaty była dzieckiem, kiedy wybuchła II wojna światowa. Razem z całą rodziną przeprowadziła się do getta warszawskiego. Nigdy nie zapomniała ukrywania się przed Niemcami w koszach na bieliznę, a potem, już poza gettem, samotnego bytowania w ciemnych piwnicach. Tamten lęk pozbawił ją spokoju na zawsze. Nie chciała narazić swojej córki na podobny strach i prześladowania, dlatego zataiła przed nią żydowskie pochodzenie. „Wielu ocalonych Żydów wolało po wojnie milczeć o swoim pochodzeniu. Przeżyli i postanowili, że nigdy więcej nie będą Żydami. Lepiej się nie przyznawać, nigdy nie wiadomo, kiedy znowu na ciebie zapolują. Nie chcieli czuć się jak zaszczute zwierzęta. Tego lęku przed upokorzeniem pragnęli oszczędzić własnym dzieciom. Wszystko było lepsze od pogardy”[1].
Takie rozumowanie mogło wydawać się absurdalne. Przecież II wojna światowa minęła i nigdy się nie powtórzy, hitlerowcy wynieśli się z Polski i nigdy do niej nie wrócą. A jednak Żydzi mieli rację ukrywając się, co pokazały wydarzenia marcowe w 1968 roku, kiedy władze komunistyczne rozpoczęły nagonkę na „syjonistów” za rzekome popieranie imperializmu Izraela. Było to ponad ich siły, dlatego nawet najwięksi patrioci, którzy przetrwali potworny terror okupacji, musieli opuścić swój kraj.
Większość krewnych autorki zginęła w obozach w Treblince i Chełmnie. Ci, którzy przeżyli, już na zawsze zostali napiętnowani lękiem. „Z wojny nie ocalało nic. Prócz życia i lęku”[2]. Mylą się ci, którzy myślą, że po wojnie rozpoczęło się nowe życie. W tych, którzy przetrwali, jej echa są obecne do dziś. Dziadek Agaty po pobycie w oflagu popadł w głęboką depresję. Mimo iż zaangażował się w odbudowę Warszawy i całym sercem popierał ideologię komunistyczną, już nie był tym samym człowiekiem. To samo piętno, chociaż nie w takim stopniu, dotknęło jego siostry oraz córkę.
Ci, których owa straszliwa wojna pochłonęła, nie są nieobecni, pomimo swej nieobecności. Nie przeminęli wraz z krematoryjnym dymem. „Zostawili ślady, bo chcieli zostać odnalezieni. Chcieli wrócić. Z Treblinki, z Chełmna, z płonących stodół, zawalonych kamienic, z lasów, z duszogubek”[3]. Metaforyczny sens tego cytatu wywarł na mnie szczególnie silne wrażenie. W nim zawiera się cała istota książki Agaty Tuszyńskiej oraz wytłumaczenie potrzeby napisania rodzinnej biografii. Poprzez ożywienie tych postaci na kartach utworu spłaca dług; dług za winę, jaką było zapomnienie.
Tuszyńska żałuje również, że nie rozumiała i nie doceniała swoich bliskich, którzy przeżyli kataklizm wojenny. Oni już umarli, a ona nie wykorzystała swojej szansy. Jest to taka sama nauka, jaką dał nam ksiądz Twardowski: „Śpieszmy się kochać ludzi tak szybko odchodzą”[5].
Głównym problemem tej biografii jest polski antysemityzm, który niestety nadal istnieje. Czasami wydawało mi się, że autorka więcej ma za złe Polakom niż Niemcom. Z jej wspomnień przebija rozgoryczenie; nie może pogodzić się z tym, iż jej żydowscy przodkowie przynależeli do Polski, a nie byli traktowani na równi z Polakami. Wymienia zasługi, jakie oddali naszemu krajowi i rodakom. Jej krewni należeli do zasymilowanych Żydów, którzy od wieków zamieszkiwali Polskę, czuli się częścią jej społeczeństwa i historii. Tutaj była ich ojczyzna, za którą gotowi byli oddać życie. Dla autorki jest to bardzo ważne, bo podkreśla krzywdę i niesprawiedliwość, jaka ich spotkała.
Te oskarżenia budziły mój głęboki sprzeciw. Wiedziałam, że w czasie wojny istnieli „szmalcownicy”, którzy szantażowali Żydów, ale wiedziałam również, że było mnóstwo osób, które im pomagały i ukrywały u siebie całe rodziny, ryzykując własnym życiem. Agata Tuszyńska wielokrotnie podkreśla, że dobrych ludzi było znacznie mniej niż obojętnych. Niestety, zawsze widzimy tylko białe karty swojej historii, a przecież z tych czarnych czerpie się najgłębszą naukę.
Po wojnie Żydzi, którzy przeżyli, zaangażowali się w odbudowę zniszczonego kraju. Uwierzyli w podniosłe hasła równości i braterstwa, bo oni, prześladowani przez tyle lat, byli na nie najbardziej podatni. Uwierzyli, że nie ma różnicy, Polak czy Żyd, dlatego byli gorącymi zwolennikami komunizmu. Niestety, żadna sielanka nie może trwać wiecznie. Po marcu '68 okazało się, że Żydzi w Polsce nigdy nie zaznają spokoju.
W „Rodzinnej historii lęku” akcja nie toczy się jednym ciągiem. Właściwie nie jest to akcja, lecz wspomnienia, fakty i refleksje przeplatające się ze sobą. Dzięki temu jest to nie tylko biografia, ale także zbiór przemyśleń; uniwersalnych, dotyczących człowieczeństwa, przemijania i śmierci oraz osobistych wynurzeń autorki na temat żydostwa, Polski i Polaków. Książka została napisana językiem prostym, wyrazistym, a jednak barwnym, bo niepozbawionym spontanicznych wyznań i zaskakujących metafor: „Czuję smak dawnego wojennego lęku. Wyblakły. Odbity echem. Wyraźny”[4].
„Rodzinna historia lęku” Agaty Tuszyńskiej została nominowana do prestiżowej francuskiej nagrody Medicis w kategorii literatura zagraniczna. Jest to oczywiście powód do dumy z sukcesu naszej rodaczki, ale także ukazanie szerszej opinii publicznej niezbyt przychylnej opinii o Polakach.
W naszym kraju, gdzie dokonał się największy Holocaust, musimy szczególnie pamiętać o tolerancji i nie zapominać o ponurej przeszłości. Niestety, jakiś czas temu pobito naczelnego rabina, a ja sama często słyszę, że moim miastem - Oświęcimiem - rządzą Żydzi. Czy nie czas już obalić niechęć i wrogie mity, które doprowadziły do tylu tragedii? Po lekturze książki Agaty Tuszyńskiej każdy sam odpowie sobie na to pytanie.
-----
[1] Agata Tuszyńska, „Rodzinna historia lęku”, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2005, str. 32.
[2] Tamże, str. 76.
[3] Tamże, str. 146.
[4] Tamże, str. 180.
[5] Jan Twardowski, „Niebieskie okulary”, wyd. Znak, Kraków 1996, str. 111.